Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Faceboku Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Tumblr Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Kanał RSS bloga Introwertyczka na Bloglovin Mail Introwertyczka na Disqus Introwertyczka na We heart it

Maile z lenistwa i rezygnacja z disqusa

Rozsyłając CV mam takie dziwne wrażenie, jakbym wysyłała je w próżnię bądź też rzucała nimi o ścianę. Wysyłam CV i raz na milion lat łaskawie ktoś odpowie. I właściwie to mi się rzygać chce, jak tylko przystępuję do przeglądania ofert, bo myślę sobie, jaka to jest syzyfowa praca. Można se tak wysyłać i wysyłać i wysyłać, i jeszcze dalej wysyłać... i wysyłać i wysyłać. A rekruterzy później i tak mają je w dupie - bo mają setki innych kandydatów.

Maile z lenistwa i rezygnacja z disqusa

I właściwie to nie mam już siły ani entuzjazmu do szukania roboty - takiego kopa do działania, jak jeszcze rok, dwa lata temu. Może już się przyzwyczaiłam do żałosnego trybu życia bezrobotnej, jednak czy do tego można się przyzwyczaić? Nie sądzę. Można się najwyżej dostosować, ale to raczej nie ma nic wspólnego z przyzwyczajeniem.

Mówiąc szczerze to nawet i blogowanie nie sprawia mi takiej satysfakcji jak kiedyś. Myślałam niedawno, że sobie trochę dorobię na tym blogu, ale minęły prawie 3 miesiące, a ja nie uzbierałam nawet 5 zł. Toć to jest tak żałosne, że nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać. Reklamy pół bloga zajmują, a kasy z tego praktycznie nie ma. Nawet nie ma tyle, co kot napłakał. Nie wiem, czy to jest tak przez pierwsze miesiące czy zawsze.

Jeszcze z 1,5 roku temu to miałam takie ciśnienie na szukanie pracy, że chyba co godzina patrzyłam, czy się gdzieś jakaś nowa oferta nie ukazała. Ojej, nowa oferta, szybko! A teraz to już takiego entuzjazmu nie mam, żeby o mało co się nie posrać przy tych ogłoszeniach. Raz dziennie lub nawet raz na parę dni posprawdzam nowości na serwisach z ogłoszeniami, powysyłam i nie podniecam się tym tak, żeby o mało co nie znieść jajka.

Najbardziej mnie denerwuje taki kompletny brak szacunku pracodawców wobec bezrobotnych i szukających pracy. No bo czy to jest poważne, żeby pan pracodawca informował mnie wieczorem za pomocą maila, że jutro lub pojutrze mam przyjść na rozmowę o tej i o tej? Normalny człowiek zadzwoniłby i bezpośrednio zapytałby, czy taka i taka godzina może być, czy taki dzień może być albo wytłumaczyłby, że niestety nie ma np. możliwości zmiany godziny, no i ok. Ale takie wysłanie mailem: dzień dobry, proszę się zgłosić na rozmowę pojutrze o godzinie 9:00, to takie jest jakieś... nie wiem, jak to nazwać. Lekceważące, lekko może nawet upokarzające, uprzedmiotowiające.

Nawet żadnego "dziękuję za złożenie aplikacji" ani nic w tym stylu, tylko że "proszę się zgłosić jutro/pojutrze o tej czy tej" i koniec. I to już ze 2 czy 3 razy zdarzyła mi się taka sytuacja. Kiedy dostałam taki mail po raz pierwszy, to spanikowałam i byłam zła na siebie, bo nie miałam wtedy dostępu do netu przez kilka dni. I że gdybym miała dostęp do netu i poczty, to bym odebrała tego maila i wszystko by było inaczej. Ale później jakoś tak przyszło do mnie otrzeźwienie i pomyślałam sobie: czyli co? Pracę ma ten, kto akurat tego i tego dnia miał dostęp do poczty i neta? Trochę to absurdalne. A jak ktoś nie zdążyłby dobiec do telefonu, to co? Pracę ma ten, kto pierwszy odebrał telefon?

Kiedyś też tak miałam, że wychodząc na godzinę zostawiłam w domu telefon - wracam, a tu ze 3 połączenia nieodebrane z zastrzeżonego. Moja reakcja: totalna panika i rozpacz. No bo przecież DZWONILI, a ja zawiodłam, i nawet oddzwonić nie mogę. Jednak po jakimś czasie pomyślałam sobie: jak chcą mnie zatrudnić, to i czwarty raz zadzwonią. Pracę ma ten, kto pierwszy odebrał telefon? - no przecież to by było śmieszne.

Myślę sobie, że gdybym ja była wielką panią pracodawczynią i chciała kogoś zatrudnić i zależałoby mi na zatrudnieniu tej osoby/tych osób, to bym pisała, dzwoniła po parę razy i co kto chce. Więc widocznie jak pracodawca ogranicza się do lakonicznego maila "proszę się zgłosić jutro/pojutrze o ósmej rano", to rozsyła taką wiadomość masową i kto się zjawi, no to się zjawi, na chybił trafił kogoś przyjmie. Widocznie nie traktuje tego stanowiska poważnie, bo jakby traktował, to i do rekrutacji podchodziłby poważnie. Takie są przynajmniej moje odczucia, może przesadzone.

Rozumiem, że mailem zawiadamia się, gdy trzeba na próbę zrobić jakiś projekt - to wtedy informują, że jest tydzień czy dłużej na wykonanie takiego i takiego zadania, ok. I ja to rozumiem, w końcu przez telefon projektu się nie zrobi, a i czasu też trochę jest. Ale żeby zapraszać mailem na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się za dzień czy dwa? Wygląda to dziwnie, jakby rozsyłali wiadomości na odczepnego, i kto się zjawi, ten się zjawi. Taki kompletny brak szacunku do szukającego pracy.

Przecież wiadomo, że nikt nie siedzi przed pocztą 24 godziny na dobę w nadziei, że może ktoś łaskawie zaprosi na jutro na rozmowę, a i do samej rozmowy też trzeba się przygotować: merytorycznie, wizualnie i transportowo-logistycznie.

Rozumiem, że np. w urzędach pracuje się trochę inaczej: jest konkretny dzień, konkretna godzina i trzeba się bezwzględnie zjawić na egzamin - nie ma przebacz, takie procedury. Tyle że nawet wtedy informują o egzaminie z wyprzedzeniem, a nie mailem dzień przed.

Maile z lenistwa i rezygnacja z disqusa

Albo kilka tygodni temu dzwonię w sprawie oferty i kiedy pani kierowniczka dowiedziała się, że mam niezbyt bogate doświadczenie, to po pytaniach zdziwiennych, że jak można w tym wieku mieć tak małe doświadczenie i jak można biegle angielskim nie władać, wypłynęła z tekstem, żebym nawet nie przysyłała aplikacji, bo chyba rozumiem, że mają "lepszych kandydatów". Darowałaby już sobie, naprawdę. Potraktowała mnie tak, jakbym miała niepełne podstawowe i mimo to startowałabym na stanowisko kierownicze.

Nie wiem, może ja i jestem przewrażliwiona, ale mam takie wrażenie, że w dzisiejszych czasach nie ma żadnego szacunku do potencjalnych pracowników. Proponują 600 zł za zwykłą pracę po 8 godzin dziennie w dużym mieście - wy tak na poważnie? A za co żyć, za co pokój wynająć, za co się w tym dużym mieście wyżywić? 600 zł? Serio? Przecież obecnie nawet stażyści z UP zarabiają więcej, a pracę mają mniej odpowiedzialną.

I po prostu po wysyłaniu tak w czambuł tych CV jak automat wszystkiego mi się odechciewa, przed wysyłaniem zresztą też. Zauważyłam też, że nawet blogowanie nie sprawia mi takiej satysfakcji jak kiedyś. Zarobku z tego nie ma, trzeba użerać się ze spamerami w komentarzach i w ogóle dużo wysiłku, a w zamian mało korzyści. Może to dziwne, ale nawet, gdy statystyki się zwiększają, to ja i tak jakoś bardziej cenię sobie stałych czytelników, którzy czytają mnie uważnie i regularnie, aniżeli takich, co wpadną, zostawią spam, wezmą kod do widgetu i sobie pójdą, a później nie kojarzą ani mnie ani moich blogów. Dają lajka, później odlajkują, a ostatnio trafił się czytelnik, co nawet wtyczkę Akismet przechytrzył. Publikuję post, a dosłownie sekundę później i polubienie posta i komentarz spamowy w stylu "super post! www moja-nudna-strona pl". No i na co mi taki czytelnik? Co ja jestem, słup ogłoszeniowy?

Może mimo wszystko nie ma we mnie aż takiego ciśnienia na blogową popularność. I coraz bardziej zaczynam rozumieć autorkę Blokotka, która w ogóle zrezygnowała z komentarzy na blogu. Nie chodzi o to, że z nich nic nie ma, żadnych korzyści, tylko po prostu w większości przypadków to nic z nich nie wynika. Co drugi komentarz na tym blogu to "super post, super porada, super instrukcja", a od czasu do czasu zdarzy się pytanie czy prośba o poradę - no i w zasadzie nic z tego nie wynika, takie tam morele trele. O poradę można się równie dobrze zwrócić chociażby na moim forum, nie potrzeba do tego komentarzy. Zaś jak ktoś jest ciekawy, co u mnie słychać czy ogólnie kim w ogóle jestem, to przecież zawsze może do mnie napisać prywatnie, nie potrzeba do tego systemu disqus. Już tyle namiarów dałam na kontakt do siebie, że już chyba więcej się nie da. I mail i fejs, i co kto chce - do wyboru, do koloru. A z komentarzy disqusa to tak naprawdę niewiele wynika i równie dobrze mogłoby ich wcale nie być.

Poza tym niszowi blogerzy rzadko kiedy używają disqusa, a ja jakoś zawsze najbardziej utożsamiałam się właśnie z tą niemejnstrimową częścią blogosfery. Piszę sobie te swoje wiersze, opowiadania, gorzkie żale, no i domeny własnej też nie mam.

Zauważyłam też, że disqus jest trochę jak broń obosieczna. Jego największa zaleta jest jednocześnie jego największą wadą. Sprzyja wyszukiwaniu nowych blogów, ale nie sprzyja tworzeniu relacji z czytelnikami. Taka trochę pusta popularność.

Zawsze jest się informowanym przez pocztę o odpowiedzi na komentarz - z jednej strony fajne i wygoda, lecz z drugiej sprzyja to zostawianiu komentarzy, gdzie popadnie, i zapominaniu, jakie właściwie blogi się odwiedziło. Taka samo nakręcająca się pułapka wirtualna. Coś gdzieś się napisało, ktoś gdzieś też mi coś napisał... po czym zapominamy o sobie, bo mamy wygodnego nowoczesnego disqusa, który zbuduje komunikację za nas. Ktoś, kto chce porady, może zadać to samo pytanie na 10 różnych blogach nie kojarząc ich w ogóle. No ale ktoś zawsze odpowie, bo dostanie o tym powiadomienie mailem. A i odpowiedź też mailem, nie musi w ogóle wracać na blog.

Te maile to jednak trochę rozleniwiają, gdy są używane nie tak, jak potrzeba.
Kopiowanie treści jest zabronione. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Faceboku Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Tumblr Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Kanał RSS bloga Introwertyczka na Bloglovin Mail Introwertyczka na Disqus Introwertyczka na We heart it