Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Faceboku Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Tumblr Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Kanał RSS bloga Introwertyczka na Bloglovin Mail Introwertyczka na Disqus Introwertyczka na We heart it

Czy można zakochać się przez internet?

W internecie wszędzie czeka na nas mnóstwo różnego rodzaju bodźców wywołujących określone reakcje. 

Informacje - ogrom informacji, które trzeba przyswoić: kto, co, jak, gdzie, kiedy, jak długo i za ile. Zdjęcia - ogrom zdjęć. Ogrom kształtów, kolorów i wrażeń ukrytych w mijających gdzieś na świecie chwilach. Ogłoszenia, oferty, oferty pracy, oferty usług, dam pracę, szukam pracy, twój lekarz blisko - czynne od do. Prosimy dzwonić pod wskazany numer, prosimy pisać na podany adres e-mail. 

Można też skontaktować się osobiście, jak ktoś ma ochotę odejść na chwilę od komputera.

Blogi, fora, dyskusje, kłótnie. Ktoś nie lubi kanapek z majonezem, a ktoś inny lubi. Ktoś jest za ustawą, a ktoś przeciwko ustawie. Aborcja, eutanazja, legalizacja tego czy tamtego - jak wy możecie być za? A wy? Jak wy możecie być przeciw?

Bodźce i reakcje na te bodźce - czysty behawioryzm. Jestem jak pies Pawłowa w sieci - reaguję na impulsy, znak! Reaguję na kolory, znak! Ślinię się na dźwięk dzwonka i na sygnał świetlny.

Jako idealny internetowy pies Pawłowa przeżywam w internecie emocje wtedy, kiedy oczekuje się ode mnie przeżywania emocji. Słowa, zdjęcia, obrazki, muzyka, filmy, reklamy - to wszystko ma służyć właśnie przeżywaniu emocji. Idealny internauta to internauta z uczuciami. Emocje to w sieci ważna rzecz. Czy jednak w sieci można przywiązać się emocjonalnie?

Tak jak już wspominałam w poście dotyczącym czatu, czat to jedno z pierwszych miejsc, jakie poznałam w sieci. Bywałam na czatach niezwykle często, spędziłam tam sporą część swojego czasu. Z czym teraz kojarzą mi się owe czaty? Przede wszystkim z szablonowością. Ten, kto tam bywał, na pewno wie, o czym mówię. Przy niemal każdej rozmowie pytania są przeważnie takie same, jakby robione na wzór jakiegoś gotowego zestawu pytań. Właściwie przy większości rozmów można by robić kopiuj-wklej, Ctrl+C - Ctrl+V. Żadnej odmiany, żadnej różnorodności, ciągle to samo. Po jakimś czasie ma się takie wrażenie, że prowadzi się w kółko jedną i tą samą rozmowę, od początku i od początku. Syzyfowa praca.

Zawsze jest obowiązkowo skąd jesteś? Zawsze. To pytanie, z którego wręcz słynie czat. Oczywiście są również takie pytania jak czy masz foto?, jak wyglądasz? lub czy jesteś ładna? Te pytania również należy zaliczyć w poczet zadanych obligatoryjnie. No i jeszcze słynne niezapomniane opisz się - z tego tekstu miałam zawsze największy ubaw i największe pole do popisu, bo właściwie to tu wszystko można napisać. Łącznie z tym, że po dupie lubię się drapać, wolę pomidorową z makaronem niż z ryżem, a przed snem wietrzę pokój, gdy jest ciepło. Wszakże to też opis mnie. Czasem jeden z drugim odpisywali: nie o to pytam lub chodzi mi o wygląd.

Niekiedy ktoś wyłamywał się z szablonu chociażby na milimetr. Rzadko, bo rzadko, ale się zdarzało. Mówiliśmy sobie później, że popiszemy jeszcze kiedy indziej na czacie, mailu bądź na gg. I najczęściej to była nasza ostatnia rozmowa.

Cóż, internety i nowe technologie nie wykluczają bycia samotnym.

Jednak pewnego razu na czacie zdarzyło się, że trafił się ktoś zupełnie inny niż reszta czatowiczów. Był inteligentny, interesujący, miał poczucie humoru, nie był wścibski ani upierdliwy. Aż dziwne, że trafił na czat. Czyżby był równie samotny jak ja?

Zaczęliśmy ze sobą pisać najpierw na czacie, później na gg. Pisaliśmy ze sobą i pisaliśmy. Pisaliśmy o wszystkim i o niczym, długo, bardzo długo. Niekiedy całymi godzinami.

Pisaliśmy niemalże dzień w dzień, czasami do drugiej w nocy. Bywało tak, że spojrzałam na zegarek, a tu się okazało, że ciemna noc mnie zastała. Po sześć godzin, niekiedy trochę krócej.

Ciężko nawet powiedzieć, o czym tak konkretnie pisaliśmy. Właściwie to głównie o dupie marynie, o jakichś totalnych pierdołach. Tak sobie rozmawialiśmy o muzyce, o zwierzakach, o studiach, o komputerach, o naszej przeszłości, co się dziś zdarzyło, a co się nie zdarzyło. Takie tam pierdutu srutu, nie było specjalizacji tematycznych, ot zwykła gadka o wszystkim i o niczym.

Pisał mi, że jestem inteligentna, ciekawa i wyjątkowa. Pisał nawet, że mu na mnie zależy, że mnie lubi, że jestem dla niego kimś ważnym. Fajna sprawa.

Ta świadomość, że ktoś ma o mnie tak dobre zdanie, że mogę komuś się wygadać i że komuś na mnie zależy, jakoś tak dodawała mi skrzydeł. Czułam się jakoś tak radośnie, byłam w dziwnej euforii. Nawet na uczelni zrobiłam się chyba trochę bardziej otwarta na innych ludzi, częściej chciało mi się śmiać i przebywać z nimi. Nie mówię, że nagle zaczęłam skakać po ulicach i zmieniłam się w duszę towarzystwa, ale byłam chyba odrobinę mniej zamknięta w sobie.

Zaczęłam bardziej optymistycznie spoglądać w przyszłość. To było miłe, że komuś na mnie zależy, że zyskałam przyjaciela, a może z biegiem czasu kogoś więcej, who knows?

Któregoś razu coś się zmieniło, ciężko powiedzieć kiedy. Nie pisał całymi tygodniami, nawet jak obiecał. Nie odpisywał, a nawet jak rozmawialiśmy, to miałam nieodparte wrażenie, że go irytuję. Mieliśmy się spotkać, lecz nie spotkaliśmy się.

W końcu spytałam się wprost, o co właściwie biega. No i dowiedziałam się. Powiedział, że przecież nie jesteśmy dla siebie nikim ważnym, po prostu znajomymi z czatu. Nie musimy ciągle ze sobą pisać ani nawet kontynuować naszej znajomości. On ma teraz dużo spraw na głowie, nową pracę, naukę i nie chce mu się ślęczeć przed komputerem ani spotykać się, ma inne zajęcia.

Powiedział mi jeszcze parę przykrych słów, nie jakoś skrajnie, ale trochę jednak przykrych. Takich, które mnie w jakiś sposób zabolały, m. in. że pisał ze mną, bo nie miał ciekawszych zajęć, a w rpg nie chciało mu się ciągle grać. Cóż mogłam na to powiedzieć? Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, z którym jeszcze niedawno nie mogłam zakończyć konwersacji w środku nocy. Powiedzieliśmy sobie na koniec, że kiedyś jeszcze popiszemy. Wiedziałam i czułam, że to nieprawda i wiedziałam, że on czuje tak samo. Taki tam zwykły eufemizm na pożegnanie.

Mimo to jeszcze później przez kilka tygodni bywałam na gg mając nadzieję, że jednak on do mnie napisze. Nie odezwał się, zaskoczenia nie było - wszak pożegnaliśmy się, choć nie wprost.

Później jeszcze wiele razy bywałam na czatach, ale już nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak on. Może po prostu potrzebowałam przyjaciela i za bardzo idealizowałam jego osobę. Wśród prymitywów pytających tylko skąd jesteś? i czy masz foto? on wydał mi się mega zajebisty. Jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba.

A tak naprawdę on nigdy mnie nie potrzebował, nigdy nie byłam dla niego ważna, po prostu nudziło mu się, to siedział przed kompem i gadał ze mną. Nie miał na tamtą chwilę ciekawszych zajęć i tyle. Byłam dla niego substytutem gry komputerowej albo może właśnie czymś na kształt gry komputerowej. Start, punkt, skok, level 2, level 3 and the winner is...

Ciężko nawet mieć do niego pretensje, no bo niby o co? Nic mi nie obiecywał, niczego nie oczekiwał. To tylko ja miałam jakiś tam obraz jego osoby i jakieś tam oczekiwania. Dałam się nabrać jak małolata na kilka gładkich słodkich słówek, które tak naprawdę nic nie znaczyły i zupełnie o niczym nie świadczyły. Były jedynie... gładkimi słodkimi słówkami. Parę lat później podobne słodkie słówka usłyszałam od kogoś w realu. Nie uwierzyłam w nie i potraktowałam z lekkim przymrużeniem oka, bo już wiedziałam, że słowa to tylko słowa i nic więcej.

Można wszystko powiedzieć, można o wszystkim przekonać, można wszystko zadeklarować. Słowa, słowa, słowa.

Jesteś taka zajebista, taka wyjątkowa. Jesteś taka ładna, taka inteligentna. Zależy mi na tobie, lubię cię, zakochałem się w tobie, zostań moją dziewczyną. Słowa, słowa, słowa.

Ta dziwna wirtualna historia nauczyła mnie właśnie tego, że słowa to... tylko słowa. Mogą płynąć potokami bezsensu i mogą nie znaczyć absolutnie nic. Cóż warte są zapewnienia o tym, że jestem wyjątkowa, jeżeli owe zapewnienia nie są podparte żadnymi głębszymi uczuciami, żadnymi wartościowymi argumentami, żadnymi czynami, żadnymi dowodami uważania mnie za wyjątkową, żadnym choćby minimalnym poświęceniem dla mnie, żadną próbą lepszego mnie poznania? Cóż warte są takie zapewnienia? Nic. To tylko słowa.

Milutkie słowa, które można powiedzieć absolutnie każdemu, choćby dla rozrywki bądź w celu pocieszenia. W końcu to takie łatwe i nic nie kosztuje, nic się przez to nie traci.

W końcu zrozumiałam jedną ważną podstawową rzecz: zakochanie się przez internet jest niemożliwe. Nie można zakochać się wirtualnie i koniec, jest to niewykonalne. Nie można pokochać nikogo poprzez sieć globalną, nie można przywiązać się emocjonalnie. Dlaczego tak uważam, z jakiego powodu?

Ponieważ to, co najpiękniejsze, rodzi się w milczeniu.

Prawdziwe uczucie pojawia się w ciszy i właśnie ciszą jest naznaczone. Nie potrzeba pytań, nie potrzeba odpowiedzi, nie potrzeba paplaniny, nie potrzeba żadnych słów. Można z kimś sobie tak zwyczajnie pomilczeć i poprzez to milczenie wyrażać wszystko, co ma się tej wyjątkowej osobie do przekazania.

Kiedy milczysz przy kimś naturalnie, bez skrępowania, to wtedy wiesz, że ta osoba jest ci wyjątkowo bliska. Nie odczuwasz potrzeby nieustannego zagadywania lub zadawania głupawych osobistych pytań bez żadnego powodu. Dziecinna ciekawość, wścibstwo i ględzenie w kółko o dupie marynie ustępują miejsca całkowitej akceptacji i miłości do tego wyjątkowego kogoś.

Nie trzeba nic mówić, kiedy wie się o tym, że dana osoba jest dla nas wyjątkowa. Nie potrzeba żadnych zbędnych słów, kiedy chce się wyrazić oddanie, przywiązanie oraz wyznać miłość.

Paplanina to tylko paplanina, gadka-szmatka bez znaczenia. Nieważne, czy trwa ona pół godziny, godzinę czy sześć godzin, paplanina pozostaje paplaniną, nie ma żadnej wartości. Wartość ma to, co poznajemy i pielęgnujemy w milczeniu. Bez zbędnych słów.

Zależy ci na kimś wtedy, kiedy słysząc o jego problemie, nie mówisz mu na siłę: a dlaczego tak?, a czemu?, a powinieneś był zrobić inaczej, a może zrób tak, tak i siak, a w ogóle to jak ty tak mogłeś, jakiś dziwny jesteś. Mówisz mu po prostu: nie martw się, jestem przy tobie, razem przez to przejdziemy. I nic więcej. Pytania są zbędne, odpowiedzi na nie również. Bo to tylko słowa.

Więź rodzi się w milczeniu, miłość odczuwa się w milczeniu, przywiązanie wyraża się poprzez milczenie. Lubi się lub kocha tę osobę, z którą potrafi się fantastycznie milczeć.

Jeżeli umiesz porozumiewać się z kimś milczeniem, to ten ktoś jest dla ciebie wyjątkowy i jest ci bliski. Jest dla ciebie jak złoto, bo samo milczenie przecież także jest złotem.

Słowa to tylko dodatek do wyjątkowości, a nie jej treść. Słowa nie wyrażą tego, co najważniejsze i tego, co najpiękniejsze. Są tylko jak okładka książki, a po okładce, jak wiadomo nie można osądzać treści całej książki.

Jaki z tego płynie dla nas morał, jeżeli chodzi o przestrzeń internetową?


W internecie główną rolę odgrywają właśnie słowa. Tutaj nie ma ciszy, nie ma milczenia. W internecie nie można milczeć. W związku z tym nie ma również szansy na to, aby kogoś dobrze poznać i stworzyć z nim więź, aby stać się dla kogoś osobą wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju. Morał tej bajki jest taki, iż to, co się czuje do kogoś w internecie, nie jest i nie może być prawdziwe. Można odczuwać jedynie coś na kształt fascynacji danym człowiekiem, ale nic poza tym.

Jeżeli wydaje ci się, że zakochałeś/aś się w kimś przez internet, to znaczy, że masz naprawdę poważny problem. Uświadom sobie fakt, że słowa to tylko i wyłącznie słowa. Równie dobrze mogą być one jak czek bez pokrycia, tego przecież nie wiesz. Nigdy nie masz pewności, czy dana osoba nie pisze ci pierdół i farmazonów, bo np. nudzi się jej i nie ma co zrobić z nadmiarem wolnego czasu bądź też chce sprawdzić twoją reakcję, ot tak sobie dla jaj. Albo po prostu pisze ci cokolwiek, bez wcześniejszego pomyślunku. Ludzie tak nie analizują każdego słówka.

Jeżeli nie przeniesie się znajomości na grunt realny, to prędzej czy później będzie ona stracona. Sieć globalna jest tylko narzędziem, pośredniczy w poznawaniu nowych ludzi, ale nie poznaje ich za nas. Nie ma aż tak wielkiej mocy, czy też raczej: aż tak wielkiej władzy.

Poznanie kogoś w necie można porównać do wizyty u lekarza. Dzięki pośrednictwu rejestracji jesteśmy w stanie zapisać się na ową wizytę. Rejestracja jest w tym przypadku narzędziem pozwalającym nam dostać się do lekarza (czyli osoby poznanej w necie). Jednak to od nas zależy, co zrobimy, gdy nadejdzie termin wizyty. Możemy np. zrezygnować i uciec lub odłożyć wizytę, a później zapisywać się bez końca, aż wreszcie w rejestracji stracą resztki cierpliwości.

Możemy również w ogóle nie zapisywać się na wizytę do lekarza, a tylko wierzyć w to, iż miłe panie w rejestracji wyleczą nas z choroby zwanej samotnością.
Kopiowanie treści jest zabronione. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Introwertyczka na Bloggerze Introwertyczka na Wordpressie Introwertyczka na Faceboku Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Google Plus Introwertyczka na Twitterze Introwertyczka na Tumblr Introwertyczka na Youtube Introwertyczka na Pinterest Kanał RSS bloga Introwertyczka na Bloglovin Mail Introwertyczka na Disqus Introwertyczka na We heart it