Poleć tekst... zanim go przeczytasz

sierpnia 22, 2013
Brzmi głupio, śmiesznie, niedorzecznie? Tak, zgadliście, to kolejny post z cyklu "Polak potrafi". W internecie to "potrafi" odnosi się szczególnie do portali społecznościowych i związanych z nimi przycisków udostępniania. :-)

Jeszcze niedawno myślałam, że wyczerpałam już wszystko, jeśli chodzi o tematykę pluso-lajkową, że opisałam każdy przejaw nadmiernego lub nieuczciwego wykorzystywania plusów i lajków w promocji (pisałam już o tym tutaj i tutaj). Niedawno okazało się, że jednak nie wszystko. Blogosfera ciągle zaskakuje mnie czymś nowym.


Na stronie facebooka możemy przeczytać, iż "przycisk Lubię to! jest wtyczką społecznościową, którą uruchomiono w kwietniu 2010 r. Pozwala użytkownikom dzielić się swoim zainteresowaniem treściami spoza serwisu Facebook (artykułami, filmami, produktami itp.) i polecać je swoim znajomym na Facebooku". Z kolei same polubienia to "wyrażanie pozytywnej opinii i tworzenie połączeń z rzeczami ważnymi dla użytkownika". Innymi słowy jest to, ot taki tam, skromny guziczek służący do oznaczania treści, które przypadły nam do gustu. Taki jest jego cel istnienia, teoretycznie jedyny. Coś cię pozytywnie zaskoczyło? Klikasz w niego. Coś nie spełniło twoich wymagań? Nie klikasz i idziesz dalej. Ciekawe, czy twórcy tego skromnego guziczka przewidzieli, co internauci będą wyprawiać i jakie podchody urządzać, aby zachęcać do kliknięcia...

Ostatnimi czasy odkryłam na jednym z blogów funkcję "polub, aby czytać dalej". Nie, to nie jest żart. Mało tego, ta funkcja ma spore grono zwolenników. Lajki i plusy jako środek wymiany? Okazuje się, że webmasterzy wpadli nawet na coś takiego.

Na czym to konkretnie polega? To proste: nie przeczytacie posta, dopóki nie klikniecie w któryś z przycisków udostępniania. Musicie polecić tekst przed jego przeczytaniem, jeśli nie klikniecie i nie polecicie, to najzwyczajniej w świecie go nie przeczytacie. Nie macie bladego pojęcia, co znajduje się w owym tekście, ale mimo to musicie ten tekst udostępnić po to... aby go w ogóle przeczytać. Absurd do kwadratu.

Niektórzy z was pewnie powiedzą, że się czepiam i że co w tym złego. Niby nic, ale czy kupilibyście w ciemno jakiś towar, np. komputer, wiedząc o nim tylko i wyłącznie tyle, że jest komputerem? A czy polecilibyście swoim znajomym taki komputer o którym wiecie tylko i wyłącznie tyle, że jest komputerem, i nic poza tym, żadnych danych? Zakładam, że nie, ponieważ jak się nie ma o czymś pojęcia, to się tego nie poleca, a przynajmniej nie powinno się polecać. Ani w realu ani w internecie.

Co pomyślelibyście o sprzedawcy chcącym za wszelką cenę wcisnąć wam towar, którego nawet nie raczył pokazać? Zapewne nic dobrego: oszust, naciągacz, kombinator i parę innych, niecenzuralnych, określeń by się znalazło. W takim razie co pomyślelibyście o autorze bloga, który nie chce wam pokazać tekstu, dopóki go nie polecicie? No właśnie, to mówi samo za siebie.

Oczywiście kto chce, niech kupuje kota w worku, jego wybór. Tylko niech później nie będzie zdziwiony, jak wyjdzie na kompletnego frajera, bo ów kot okaże się zonkiem. W internecie również bierze się odpowiedzialność za swoje czyny, w tym również za polecane przez siebie treści.

Spotkałam się z opinią, że takie rozwiązanie to "obopólny zysk" - czytelnicy zyskują wiedzę, a autor polubienia. Z pozoru ma to sens, jednak w tym miejscu wróćmy do początku posta: polubienia to wyrażanie pozytywnej opinii. A jak niby wyrazić jakąkolwiek opinię (czy to pozytywną czy negatywną) o tekście, o którym nie ma się pojęcia, ponieważ w ogóle się go jeszcze nie przeczytało? Można to porównać do polecania filmu, którego się nie obejrzało. I w jednym i w drugim przypadku polecający kompletnie nie wie, co właściwie poleca.

Zacznijmy teraz z innej beczki: a co, jeżeli dany czytelnik nie ma facebooka, google plus ani twittera? Ma być wykluczony, niedopuszczony nawet do przeczytania tekstu? No cóż, zmuszanie czytelników do zakładania konta w jakimś serwisie, w imię własnych interesów, świadczy tylko a autorze bloga i o jego szacunku do tychże, a raczej o braku szacunku.

Powiecie, że przecież trzeba jakoś zdobywać tych czytelników, te plusy i lajki. Owszem, trzeba, ale nie za wszelką cenę. Istnieje coś takiego jak godność osobista i nie warto pozbawiać się tej cechy tylko po to, by poprawić statystyki bloga. Tego typu szantaż przyciskowy może jedynie zepsuć wam reputację w blogosferze i skutecznie zniechęcić potencjalnych czytelników. Oczywiście mówię tu o prawdziwych czytelnikach, spamerom i tak jest wszystko jedno.

Na koniec zaznaczę, iż nie będę dodawać odnośników do blogów, na których takie coś funkcjonuje, gdyż uważam, że nie warto robić ich autorom reklamy. I tak zadbali o nią aż nadto. :-)
2013 © Introwertyczka w sieci. Obsługiwane przez usługę Blogger.